Szliśmy ulicą Wenecką, a tam… Annopol
“Dem a loot, dem a shoot, dem a wail… A Shanty Town” śpiewał w patois znany jamajski wokalista Desmond Dekker. A ja głupi szukając warszawskiego shanty town pisałem o barakach na Powązkach. Bzdura, mieliśmy przecież jedno, Annopol.
Annopol powstał w 1927, rozbudowywany był do 1933 roku. Z początku było tu 41 baraków, 810 rodzin, 3329 osób. W 1938 już 113 baraków i prawie 11 tysięcy ludzi. Mieszkania 20 metrów, kible na podwórku, jakiś marny wodociąg, kilka latarni gazowych, bez prądu. Brak pracy, brak perspektyw, bida, towarzystwo takie, że strach tu się zapuszczać. Pijane mordy na Placu Annopolskim marnują swój czas, który i tak wart jest wielkie nic. Powietrze przeszywa dźwięk najordynarniejszych bluzgów i gruźliczy kaszel. Nocą ciemne uliczki, Annopolską i Marcelińską, rozświetla czasem błysk kosy przeznaczonej dla zagubionego idioty, co to nie wiedział, że się tu nie wchodzi. A może to błyszczy ostrze Temidy, wymierzone w jakiejś dintojrze ? Gdzie policja ? Jaka policja !? A nad tym wszystkim smutno uśmiecha się św. Maria Magdalena, patronka nieistniejącej dziś tutejszej parafii i uliczki, którą można było się tu dostać.
Przynoszą kocioł z żarciem (a może zimą dowieźli kartofle ?) i suną szeregi ludzi. Do niedawna bezdomni, bezrobotni, przyjezdni Bóg wie skąd. Kilku robotników, tak biednych, że słów brak. Tu i tak są krezusami, pracują. Bogatsi są tylko ci, co kradną. Jak fach mają w zwinnej rączce i odejście dobre. No i trochę fartu, żeby wyciągnięty portfel był odpowiednio gruby. Albo jak skok dobry trafią i nikt ich nie złapie. Dobra robota, lekka, ale w koszty wliczone długie wizyty na Gęsiówce, w Siedlcach, w Mokotowie.
Są i tacy, co chcą pomóc. Ktoś organizuje świetlicę, ktoś pomoc materialną, przychodzi duszpasterz, msza jest w szopie u stolarzy, bo biedota nie ma jeszcze swojej parafii. Wśród społeczników obijają się głośniejsze nazwiska, charytatywnie działała tu np. Irena Sendlerowa. Ale tu pomoc się na nic nie zda, tutejsi ludzie są przeklęci, nie da się stąd wyrwać. Nawet przez śmierć, bo stąd nie było żadnej ostatniej drogi, żadnego konduktu. W koc, róg Bałtyckiej i Gdyńskiej, na Trupiarnię i leż sobie, dziadu. A potem ? Gdzieś w ziemię, jak psa.
“Annopol jest daleko. Nie razi niczyich oczu drewnianymi, murowanymi, betonowymi schronami. Nie razi delikatnych uszu piętrowymi przekleństwami wyrostków, kaszlem dzieci. Tu nędza jest zlokalizowana jak zaraza. Wywieziona w pole. Osadzona w piaskach. Pozbawiona zębów i pazurów. Taka nędza do oglądania, pokazowa, kliniczna, ujęta w system, bezpieczna jak zwierzęta w rezerwacie, zatruwająca swym jadem tylko samą siebie. Nędza bez porównania i bez kontrastu. Beznadziejna”. Tak napisała o Annopolu Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, literatka. Dobrze oddaje temat ? Gówno, nie dobrze. Przeczytajcie Marka Nowakowskiego. Zna temat, on potrafi to opisać prawdziwie. Bez patosu, bez zbędnych metafor. Po co ? Tu jest samo życie, wystarczy jedna sytuacja i wiadomo. Zbiorek “Chłopak z gołębiem na głowie“, opowiadanie “Tamto lato“. Bohater wyskoczył z ciurmy i jak to w zwyczaju, grypsy musi zanieść. A więc: “Drugi gryps na Annopol, do rodziny Kaczora, maleńkiego i ruchliwego jak rtęć doliniarza, który w tych swoich drobnych dłoniach miał inny jeszcze talent: rysował i wykłuwał piękne tatuaże.
Zacząłem głośno wspominać tamte poobiednie godziny pod celą, kiedy upał i duchota dochodziły do zenitu, a my tresowaliśmy chamów i frajerów lub dawaliśmy okrutną szkołę kapusiom.
Kaczor mieszkał na Annopolu i tam postanowiłem udać się najpierw. Rodzice spojrzeli na siebie.
– Może ja tam pojadę – odezwała się matka – a ty sobie odpoczniesz.
– Albo ja – wtrącił ojciec.
Zaśmiałem się, ubawiony ich pomysłem. Oboje byli nauczycielami i moje ostatnie doświadczenie przerażało ich swoją niepojętą logiką. Znowu gorliwie podsunęli mi półmisek ze schabowymi kotletami i mizerię.
– Jedz, jedz – powtarzali, próbując odsunąć jak najdalej to, co zburzyło ich radość z mojego powrotu.
Odstawiłem talerz. Spojrzałem na zegarek. Wstałem od stołu. Za mną podniosła się matka.
– Pojedziemy razem – powiedziała i mimo mojego gniewnego spojrzenia nie ustąpiła.
Wzruszyłem ramionami.
Daleka to była droga. Przy cerkwi przesiedliśmy się w tramwaj jadący ulicą Świętego Wincentego na bródnowski cmentarz. Stamtąd uliczkami wśród drewnianych ruder podążyliśmy na Annopol. Mijaliśmy ogródki z rachitycznymi krzewami, gołębniki i ciemne, otwarte na przestrzał bramy, w których słaniali się poszukujący cienia pijacy. Podczas całej drogi milczeliśmy.
Ja szedłem pierwszy. Matka z trudem nadążała za mną.
Zaczęła się już ulica Marywilska. Rząd długich, w rdzawym kolorze baraków. W oknach stały pelargonie. Przed oknami zwieszały swoje ciężkie łby słoneczniki. Matka chciała dalej iść za mną. Nie zgodziłem się jednak. Zatrzymała się przy narożnej knajpie, do której wchodziło się po schodkach. Dobiegał stamtąd wrzask i woniało kapustą i piwem.
– Nie siedź tam długo – odezwała się matka ocierając chusteczką spoconą twarz. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale wystraszył ją mężczyzna o błędnych oczach, który charcząc wypadł z knajpy. Potoczył się kilka kroków i padł na bruk twarzą do słońca. Poszedłem szybko, rozglądając się po numerach. W jednym z tych rdzawych, wpadniętych w ziemię baraków mieszkała rodzina Kaczora. Zapukałem do drzwi. Pochyliwszy głowę, wszedłem do niskiej sieni. Niewidoczny w mroku mężczyzna zagrodził mi drogę.
– Ja od Kaczora – powiedziałem.
Przepuścił, a ja potykając się o próg wszedłem do izby, gdzie stara kobieta siedząca na niskim stołeczku obierała ziemniaki. Spojrzała na mnie i coś mruknęła.
– Matka! – krzyknął z sieni mężczyzna. – Cynk od Kaczorka!
Stara kobieta przestała obierać ziemniaki. Podałem jej gryps, ale go nie wzięła.
– Przeczytaj – powiedziała.
Słuchała pilnie, potakując głową. Znowu zabrała się do obierania ziemniaków.
Wtedy dopiero zauważyłem w głębi izby leżącą na łóżku kobietę. Była odwrócona do ściany. Zwróciła do mnie młodą twarz. Wyciągnęła rękę. Podałem jej gryps. Czytała po cichu, poruszając wargami. Sięgnęła pod łóżko. Wyjęła stamtąd litrową butelkę z mętnym żółtawym płynem. Stara wskazała grubą szklankę na stole. Nalałem sobie do połowy. Wypiłem duszkiem. Był to cuchnący bimber.
– Jak mu tam? – zapytała stara. Jej pokurczone, reumatyczne palce zręcznie obracały ziemniaki, nóż zbierał cienką, zwijającą się jak spirala skórkę.
– Daje sobie radę – odpowiedziałem.
– Co by nie miał dawać sobie rady – odezwała się z łóżka młoda kobieta. Bluzkę miała rozpiętą i siny ścieg tatuażu pokazał się na jej piersiach.
– Pierwszy raz nie siedzi – dodał mężczyzna, który reperował w sieni rower.
Chcieli nalać mi jeszcze jedną kolejkę. Pomyślałem jednak o swojej matce i wymówiłem się brakiem czasu. Młoda kobieta sięgnęła po butelkę.
– Nie chlaj tyle – warknęła stara. – Żeby Kaczor chlał mniej, to by tam nie siedział.
Zaczęły się kłócić. Wyszedłem nie zauważony. Matka spacerowała na rogu. Z knajpy wytaczali się pijacy.”
Tak się tu żyło… Pijaństwa, odsiadki, miejska dżungla, choć tuż za miastem. Każdy tu znał lepiej wzorki, półksiężyce i kropki niż litery. Kmina z powodzeniem zastępowała literacką polszczyznę. Podłe żarcie, podły bimber, podłe życie. I o czym tu gadać ?
1944 kawał osiedla został zniszczony podczas bitwy o Pragę, pozostały chyba 24 baraki, kilka setek osób. W latach 50 zaczęto rozbierać resztę, bo się tu Warszawa zrobiła. Resztki baraków i jakaś nowsza prowizorka stała jeszcze do lat 70. Dziś są tu firmy, fabryki, magazyny. Codziennie idą tu dziesiątki robotników. Takich jak ja, takich jak A., koleżka z którym pracuję. Ze dwa razy starszy, lekki cwaniak, stary szofer. Nawija swoją historię. Że na Odrowąża do zawodówki chodził. Że koleżków miał na Pelcowiźnie i Annopolu. “Tu takie baraki, rudery stały. Zawsze bimber tu mieli, przyprawić tu jeździliśmy. Po szkole, albo zamiast. Jechało się tramwajem, wyskakiwaliśmy gdzie nam było trzeba, przystanek był za daleko. No i na przełaj, na Annopol”. Ot, żadne wielkie wspomnienia, memuarów z tego nie wydasz. Jakoś mi się wryło w pamięc. Po jakimś czasie w jakiejś rozmowie wyszło, że powtórzyłem staremu. A ten w te słowa: “Człowieku, on tam jezdził !? Myśmy z Pragi tam się nie pojawiali, jak nie mieliśmy interesu do kogoś albo miejscowego przy boku. Stamtąd można było nie wyjść !”. Ale to już nie był ten Annopol. Resztki starych domów, może jakieś dwa baraki. Tylko towarzystwo resztkami te same.
Jak burzyli osiedle to ludzie musieli gdzieś się przenieść. Kilku sprawnych doliniarzy los rzucił do Wołomina, zyskali tam nawet pewną popularność i tytuły naukowe honoris causa. Po latach Wołomin był gangiem kieszonkowców grasującym w okolicach Różyca, Wileniaka, Wschodniego. Jednym z kilku. Z tej ekipy powstało to, co dziś rozumiemy pod tą nazwą geograficzną. Daleko sięga nimb Annopolu.

To skan z jakiejś gazety, nie pamiętam skąd. Przedstawia właśnie owe annopolskie baraki.

Annopol, foto z Narodowego Archiwum Cyfrowego


Panorama lotnicza osiedla z Placem Annopolskim w punkcie centralnym. Pochodzi z 45 roku, gdy duża część osiedla była już zniszczona. Na drugim zdjęciu widoczne linie dzisiejszych ulic. Po Gajowej, Marcelińskiej, Annopolskiej, Wiśniewskiej ani śladu.

Ulica Marii Magdaleny, pamiątka po “tutejszej” patronce.

Pisankowa, kiedyś Gdyńska, jedna z ulic wiodących do osiedla na Annopolu.




Brukowana ulica Wenecka prowadząca do kolonii. Na zdjęciach stary drewniak w okolicach osiedla.
~ - autor: sirencityboy w dniu sierpień 6, 2009.
Napisane w Białołęka
Tagi: Annopol, baraki, Inowłodzka, osiedle bezdomnych, slums, Warszawa





Ten bruk jest genialny!
Parafia pw.Marii Magdaleny odtworzona na nowym osiedlu bródnowskim
przy ulicy Echa Lesne,pamiętam jedną chorągiew kościelną z parafii Marii Magdaleny przechowywaną ,wtedy w kaplicy przy ul.Pobożańskiej,bo kośćiół pw.M.B.Różańcowej na Bródnie też spłonął w 1939r