Błogosławione Browary Warszawskie.
W taki gorący dzień jak dziś można by jakiś kufel wysuszyć. Taki zimny, w oszronionej szklance i z pianką. W jakimś barze najlepiej. Nie za podłym, raczej z urodziwą barmanką, niż z obfitą w kształtach. A najlepiej takie miejscowe, warszawskie. I tu się schody zaczynają. Niby jest królewicz, ale w Warce czy innym Żywcu go robią. Jungi, Kijoki, Machlejdy itp to historia tak zamierzchła, że mało kto pamięta. Długo mieliśmy Haberbuscha i Schielego, Browary Warszawskie, jak zwał, tak zwał, na Grzybowskiej robili nam nasze stołeczne piwko. Te z tym lwem, w mniejszych butlach pili wszyscy. Sztajery, robociarze, chłopaki na dzielnicy, tata, wujek i pan od wf-u. Było niedrogie i rewelacyjne. Jak dla mnie – pierwsze moje piwo. Podpijało się je za dzieciaka, piłem je będąc kilkunastoletnim szmondakiem, jakie inne piwo można było wypić idąc na mecz Legii ? Potem po robocie latałem na kilka króli, ba, nawet jak się wyprowadziłem z Warszawy starałem się mieć lekki zapas Królewskiego.
W 2004 roku z taśmy na Grzybowskiej zjechała ostatnia partia piwa. Produkcja poszła do Warki. Król przestał być wyjątkowy. Ot, jedno z wielu piw. Od Tyskiego czy Żubra nie różni się prawie nic. Stolica straciła wyjątkowy trunek. Strata historycznego browaru to już tylko kwestia dni…










i blogoslawione tanie wina ze szczecinaaaa
Znow zabytek burza, szkoda…
mam te same (smutno-sentymentalne) odczucia. “król” w “granacie” pity z “centralki” to moje cudowne wspomnienie dzieciństwa (pardon! – nastolatkostwa) gdzieś w “krzolach” lasku na kole.